MOJE MAŁE DEJA VU

      Na  ostatnie dwa tygodnie wakacji zostałam oddelegowana na zastępstwo do małej placówki kulturalnej, z której odeszłam trzy lata temu.  Mimo, iż nie pracuję tu już kawałek czasu, na dzień dobry otrzymałam klucz od  obiektu i całe mienie nieruchome oraz inwentarz żywy na kilkanaście  dni powierzono mojej opiece.  No bo w tamtejszej dzielnicy,  jakby to było wczoraj:  klimaty wciąż sielskie anielskie, ludzie ufni, prostolinijni, życzliwi… tylko… dzieci wyrosły.

      Muszę powiedzieć, że niezręcznie mi było (choć bardzo miło) gdy znacznie większe ode mnie  chłopy i na oko całkiem dorosłe dziewuchy rzucały mi się w ramiona.  Spędziłam ten czas z „moimi dziećmi” dokładnie jak kiedyś:  na leśnych włóczęgach, na placu zabaw, parateatralnych wygłupach, w kolorowych, rozśpiewanych korowodach – budzących jak dawniej – żywe zainteresowani wśród mieszkańców dzielnicy.

     Dzięki temu nieplanowanemu zastępstwu porządnie naładowałam akumulatory i  przypomniałam  sobie, że istnieją miejsca, gdzie można  zaczynać dzień pracy bez napiętej przepony, gdzie się nie intryguje i nie skarży jak za czasów przedszkola, gdzie panuje zrozumienie i empatia, gdzie biurokracja nie dominuje nad twórczością kulturalną, a administrowanie mieniem nigdy nie było sztuką dla sztuki.

      Z łezką w oku zamknęłam dziś za sobą po raz drugi te drzwi.  Od poniedziałku z powrotem zabieram się za robienie teatru „czterdzieści plus”.


28 sierpnia 2015r.
 
<< pierwsza < poprzednia 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 następna > ostatnia >>

Strona 9 z 27