HOMOFOBIA czy FOBIA HOMO

     Wysłuchałam dziś w radiowej "Trójce" ciekawej audycji na temat szkodliwości hejtu, rasizmu, homofobii itp. Skłoniła mnie ona do usystematyzowania moich własnych poglądów na te tematy. Otóż ja nie dzielę ludzi na kolorowych i białych, katolików i innowierców, zorientowanych hetero czy homo. Mój podział wygląda następująco: dobrzy-źli, mili-wredni, mądrzy-głupi. Jasne, jest mnóstwo osób, dla których jakakolwiek inność jest wystarczającym powodem do nienawiści. Ja jednak chcę się wypowiedzieć o drugiej stronie medalu: o wredności „innych”, wynikającej z frustracji spowodowanej swoją innością. I nie dlatego, żeby im ktoś trę inność wytykał – po prostu sama świadomość swojej odrębności i wynikających z niej ograniczeń wyzwala  w nich  nienawiść do świata.  Przez niemożność (brak odwagi, uwarunkowania rodzinne, społeczne)  uczestniczenia w nim zgodnie ze swoją prawdziwą naturą.

    Znałam kiedyś pewną kobietę, niezwykle ambitną, przepisową, z aspiracjami brylowania w każdej dziedzinie: jako żona i matka, jako pracownica - przełożona i podwładna, parafianka, córka, itd.. itp. Bezwzględna i apodyktyczna, wymagająca, karząca za najmniejsze przewinienie wszystkich nad którymi dominowała (prywatnie i służbowo), a dominowała nad wszystkimi. Można by powiedzieć, że to „zła kobieta była”. Można by, gdyby nie fakt, iż była to osoba bardzo nieszczęśliwa. Tak bardzo, że trudno to sobie wyobrazić. Bo kto może być  dla innych tak bardzo nieprzejednany, bezlitosny i krytyczny – jak nie ten, kto musi zmagać się na co dzień z własnymi niedostatkami jeszcze bardziej bezwzględnie i bezlitośnie? Tak właśnie: z jednej strony szacunek społeczny wynikający z piastowanego stanowiska, statusu społecznego i materialnego: odpowiedni mąż (dobrze zarabiający i dobrze wytresowany),  ułożone, choć na oko dość wylęknione dzieci, luksusowo urządzone mieszkanie – z drugiej zaś strony prawdziwa, głęboka i jedyna miłość,  do… kobiety. Gorący romans, w którym niewiasta zatracała się późnymi wieczorami do utraty tchu i zmysłów, ta maleńka egzotyczna wysepka otoczona ze wszech stron zimnym, nieprzyjaznym  oceanem  codzienności A potem niechętny powrót do tego, co nieuchronne, ale konieczne: do tzw. „normalności”. Obmierzłej i znienawidzonej - tak to widzę ja w mojej pisarskiej wyobraźni, gdyż sama nigdy nie doświadczyłam pociągu do płci tej samej.

    Myślę, że sytuacja tej osoby jest trudna i w sumie nie do pozazdroszczenia. Z drugiej zaś strony, czy potrzebny byłby w tej sytuacji komukolwiek - ba, nawet jej samej - tak zwany coming out? Nie sądzę, zwłaszcza że ów romans jest raczej nie do wykrycia: w przypadku kobiety zawsze można umówić się wieczorem z kosmetyczką na pedicure. A w przypadku kobiety „ze świecznika”  jak najpóźniejszym wieczorem – w  końcu natłok obowiązków w ciągu dnia na takie rzeczy  nie pozwala…

      Można by takim osobom współczuć,  usprawiedliwiać ich nienawiść do świata ironią natury, choć z drugiej strony czy przez swoje słabości nie powinny one raczej łagodniej traktować słabości innych ludzi? Chętniej usprawiedliwiać przywary i wady, wiedząc z własnego doświadczenia, że są rzeczy silniejsze niż najpełniejsza szczerych chęci ułomna wola człowieka? Tego właśnie nie rozumiem. I to mnie przeraża...

    Powyższy tekst nie ma nic wspólnego z homofobią. Jeszcze raz powtórzę, moje spojrzenie na bliźnich kreowane jest wyłącznie podziałem na dobrych i złych, miłych i wrednych, mądrych i głupich. A te kategorie można odnaleźć wśród wszystkich ras, wyznań i przedstawicieli wszystkich preferencji płciowych.

    Podsumowując? Najbardziej wredne są osoby, którym wrodzone predyspozycje nie pozwalają nadążać za nabytymi ambicjami. Osoby – nie zaś przedstawiciele jakichkolwiek mniejszości.

 

3 listpad' 2015r.