***

Wypiliśmy na dzień dobry po dwa duże nurki z wiśniówką na spirytusie, i po-szło! Tatuś biegał tylko i rozmieniał wciąż nową stówkę, a przy forsie był, jak mało kiedy... Przy cudzej forsie, niestety. Kiedy wyszliśmy z przybytku rześkim świtem, miałam w kieszeni raptem sto trzydzieści osiem złotych, tatuś raczej nie więcej.  A ileśmy przerżnęli?

-         Ileśmy przerżnęli, tatusiu? - spytałam jeszcze całkiem beztrosko, wciąż  napędzana wiśniówką na spirytusie topioną w mocnym piwie, tytoniowym dymem, wonią perfumowanego potu i mieszaniną dźwięków, którego składowe trudno by wyliczyć.

-         Jedno ci powiem, moje dziecko - tatuś niepokojąco zastygł na środku trotuaru. - Kto mieczem wojuje, od miecza ginie, eup! - oznajmił metaforycznie i równie metaforycznie beknął ku bezkresnym przestworzom.

-         To znaczy? - pociągnęłam go za rękaw, wprowadzając z powrotem w niemrawy  ruch posuwisty. - Zgraliśmy się jak mopsy, tak?  Jesteśmy goli, znaczy się?

-         Bardziej, niż goli... epp... córeczko! - Tata beknął ponownie, ale tym razem jakoś bez przekonania. - Wybacz mnie, staremu durniowi i nie wspominaj źle, kiedy... złożę łeb pod tramwaj!

Złapałam go niemal w ostatniej chwili, osadzając niechcący oraz ze sporym impetem na brukowanym chodniku. Czując, że coś tu jest nie tak, a nawet znacznie bardziej nie tak, niż mogłoby się wydawać, usiadłam obok.

-         No to gadaj! - zażądałam  grubym i donośnym głosem.

Wówczas tatuś opowiedział mi o Strasznym Mafiozie. O tym, jak pewnego razu  w kasynie, nad ranem, pewien dziwny facet serdecznie zbratał się z nim, uskuteczniając liczne bruderszafty i inne kurtuazje, przy czym tatuś jeszcze nie wiedział, z kim ma do czynienia. W zasadzie w kasynie nikt się z nikim nie brata, a już z pewnością nie obłapia po pijaku, deklarując dozgonne uczucie. Już samo to powinno było tatusia  tchnąć, ale nie tchnęło.

-         On sobie mnie upatrzył na swoją ofiarę! - jęknął tatuś, wkładając sobie skołataną głowę pomiędzy kolana. - Widać z gęby mi jakoś sympatycznie patrzyło... Albo nie, on musiał wiedzieć, że ja tam raczej nie chadzam - zmienił nagle zdanie.

Tatuś rzeczywiście bywał w kasynie niezmiernie rzadko, powiedziałabym nawet: okazjonalnie. W tym momencie jednak przestałam oczekiwać, że cokolwiek z tej jego mętnej gadaniny pojmę i zażądałam konkretnych konkretów.

-         No i on w którymś momencie skoczył na równe nogi, wetknął mi paczkę z forsą za pazuchę i uciekł - streścił się tatuś.

-         Nie rozumiem...

-         Pewnie ktoś na niego czyhał. I on zobaczył tego kogoś, żal mu się takiej kupy forsy zrobiło, jakby co, rozumiesz, więc zrobił sobie ze mnie d e p o z y t a.

Oparłam się plecami o plecy tatusia i jak on podciągnęłam kolana pod brodę, starając się zajmować jak najmniej miejsca na trotuarze, gdyż miasto zaczynało się powoli zaludniać i co rusz ktoś się o nas potykał.

-         Jesteś pewien, że to mafiozo był? - upewniłam się wszelkiego od wypadku.

-         Córuś… - westchnął tata dramatycznie. - Uwierz, że wiem. Robię w branży ładnych parę lat i życie mnie nauczyło, że graczy można podzielić na trzy kategorie: wygranych, przegranych i takich jak ja, średnich ptysiów. Przegrani to przegrani, ja - to ja, ale ci, co z tego interesu wychodzą z naprawdę grubym szmalcem, nie są zwykłymi śmiertelnikami. A już na pewno nie ci, co muszą w podskokach uciekać!

-         To może nie jest tak źle - szepnęłam za siebie. -  Może ktoś go na ten przykład już dawno ukatrupił, co? I w ogóle, skąd on wie, komu oddał paczkę z forsą, skoro obaj byliście zrobieni w siwy dym? I skąd wie, od kogo  ją powinien odebrać?

-         A, nie, tak pięknie to nie jest - tatuś niebezpiecznie przegiął się na bok. - Zanim on się  zerwał, spisał sobie moje dane osobowe. Imię, nazwisko, adres, wsio! I jeszcze na odchodnym nastraszył. Strrrrasznie nastraszył!

-         Pamiętasz chociaż, jak  wyglądał?

-         No… pewnie…

-         Jak?

-         Strrrrrasznie  - oznajmił tatuś, zwinął się w kłębek  i zaczął chrapać.

***